piątek, 1 maja 2015

Rozdział 10 "What I did for love?"




Dla Komarka.
Nie odchodź.
Kocham, zostań.

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.
Książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni.


Cisza, spokój i piękno kwietniowych dni, to coś, co odkryłam niedawno. Można by powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Nie jestem. Czuję się jak czarna dziura, która pochłania szczęście wszystkich ludzi dokoła. 
Leon.
Na myśl od razu przychodzi mi Verdas. To jego skrzywdziłam najbardziej. Chciałabym teraz podbiec do niego, chciałabym aby przytulił mnie do swego serca. Ale nie mogę. Dzielą nas tysiące kilometrów. 
Oddalamy się od siebie coraz bardziej. To okropne uczucie.
Coraz więcej czasu spędzam malutkim ogrodzie, przy mieszkanku ciotki Lilii. Zawsze lubiłam siadać na postarzałej ławce i po prostu czytać. Teraz robię to jeszcze chętniej. Zachęcają mnie do tego kwitnące wiśnie. Tutaj jest po prostu pięknie.
Kończę właśnie Złodziejkę książek. Przewracam strony, gdy nagle słyszę dzwonek do drzwi. Odkładam książkę na ławkę i podbiegam do drzwi otwierając je.
 - Heeeej! - w drzwiach stała uśmiechnięta od ucha do ucha Francesca. Rozłożyła ręce, a ja momentalnie ją przytuliłam.
 - Co tutaj robisz? - zapytałam podając jej sok pomarańczowy. - Trasa się skończyła?
Włoszka tępo spoglądała w swoje palce. Oddychała niespokojnie a poza tym co chwilę przygryzała wargę. 
 - Co jest? Fran, znam cię. Co się stało? 
 - No bo jaa.. yyy... Zerwałam z Marco! Tak, i właśnie dlatego jestem smutna, także no...  Ale błagam, nie rozmawiajmy o Marco. - Słucham? Byli piękną parą. Trasa rozwaliła wszystkie związki. Westchnęłam cicho upijając łyk soku.
- Leon organizuje dzisiaj imprezę powitalną. Pójdziesz ze mną? - szklanka którą trzymałam w dłoni, momentalnie wyślizgnęła mi się z dłoni, mocno uderzając o podłogę. Francesca spojrzała na mnie smutno, po czym złapała mnie za rękę.
 - Ludmiła, wszystko dobrze? - troska? Pff, ta jasne. 
 - Jest okej. - westchnęłam i zaczęłam zbierać potłuczone szkło. - Pójdę z tobą na tę imprezę.
  

     Piękna? Raczej nie. 
Szczęśliwa? Jeszcze większe N I E.
Wszystko mi się odechciewa. Straciłam rachubę czasu, nie mówiąc już o moim poczuciu smaku czy jakiegokolwiek stylu.
NIC. ZERO.
Czuję się jak piłka bez powietrza. Niby coś jest na zewnątrz, jednak w środku totalne zero. Pustka. 
 - Gotowa na konfrontacje z Leonem? - pyta Francesca, podchodząc bezszelestnie. Moje skostniałe palce trzymały chwiejnie czerwoną szminkę. Uśmiecham się blado do odbicia Włoszki w lustrze.
 - Jasne, możemy iść.
      Ciepłe powietrze Buenos Aires miło muskało moje rumiane policzki. Daleko na horyzoncie zachodziło słońce. Trzeba będzie włączyć w sobie choć trochę entuzjazmu. Jest. Wielka chata Leona. Dawno tu nie byłam. Elektryczna muzyka wybijała się z budynku. Śmiechy i rozmowy osób stawały się coraz głośniejsze. Złapałam Fran za rękę - moja dotychczasowa pewność siebie, prysła niczym mydlana bańka. 
      Wtargnęłyśmy - tak to idealne słowo - do salonu Leona niczym burza. Wścibskie spojrzenia zgromadzonych imprezowiczów od razu zostały skierowane na nas. Francesca ściskała mnie kurczowo za ramię, rumieniąc się jak burak. Niespecjalnie obchodziły mnie spojrzenia innych. Nauczyłam się żyć w złej opinii. Szukałam wzrokiem Leona. Dostrzegłam go z jakąś brunetką. Jego ręce znajdowały się na jej talii, ona zaś niebezpiecznie zbliżała się do niego. Wydarłam się z uścisku włoszki, szybkim krokiem podeszłam do już znienawidzonej przeze mnie dwójki.
   - Cześć Leon. - syknęłam przechodząc obok nowej "pary". Skierowałam się w stronę wyjścia zostawiając Francescę samą. Mam szczerze dość.

Do:Franuś
21:34
Przepraszam, że Cię zostawiłam. Nie mogłam na nich dłużej patrzeć. Nic mi nie jest, jestem bezpieczna. Nie martw się.

***
Przepraszam za ten rozdział. 
Nie ma to jak napisać takie "nic" przez prawie miesiąc.
Tak bardzo was przepraszam.

Przekonajcie Dariuszka, żeby do mnie wrócił.
Foczka czeka.
Kocham bardzo.





sobota, 11 kwietnia 2015

One Shot Leomiła "To wszystko dzięki piosence"


Dedykuję tego OS'a pewnemu anonimkowi, który tak bardzo kocha Leomiłę i pod każdym rozdziałem zostawia komentarz.
Dziękuję, a to dla Ciebie ♥

***
Tekst pisany normalną czcionką - wydarzenia teraźniejsze.
Tekst pisany kursywą - wydarzenia z przeszłości.

***

Było słoneczne, sobotnie popołudnie. Państwo Verdas jak zwykle w soboty wybierali się na rodzinny spacer. Szli alejkami parku, który był wręcz obsypany kwiatami. Między ich nogami plątała się wesoła trzylatka  z burzą blond loków - Melanie - owoc miłości Verdasów. Miłość i szczęście biło od nich z daleka. Małżeństwo trzymało się za ręce i co chwila składało sobie niewinne pocałunki.
-Tatuś! Chodź na zjeżdżalnie! - zawołała wesoło Melanie. Leon puścił rękę swojej małżonki, po czym podbiegł do Mel i wziął ją na ręce. Ludmiła przyglądała im się z zapartym tchem. Przysiadła na pobliskiej ławce. Nigdy nie wyobrażała sobie, że będzie kiedyś tak bardzo szczęśliwa i to z mężczyzną z którym tak bardzo się nienawidziła. Ale jak to mówią "Miłość zwycięża wszystko", w ich przypadku to się sprawdziło.
- Z drogi szpaku, Ludmiła idzie! - wykrzyknęła blondynka po zderzeniu się z szatynem. Poprawiła swoje blond loki obrzucając przy tym karcącym spojrzeniem Leona.
- Szpaku? Ojoj, supergwiazdo, twoja wyobraźnia chyba się wyczerpała skoro nazywasz mnie ptakiem. - złapał Ludmiłę za nadgarstek i uśmiechnął się do niej kpiąco. 
Nienawidzili się. Każdy mógł to zobaczyć. Oboje walczyli o to, aby być lepszym od tego drugiego. Przy nauczycielach udawali aniołków - w rzeczywistości skakali sobie do gardeł. Nie mogli wręcz na siebie patrzeć. Lecz w końcu przyszedł dzień, który wywrócił ich życie do góry nogami. 
Ludmiła jak zwykle wpadła spóźniona na zajęcia do Angie, bo według niej "nie potrzebuje nauki śpiewu, bo jest najlepsza". Zajęła miejsce obok Leona, tylko tam było wolne. Obydwoje zgromili siebie wzrokiem, jak to na wrogów przystało.
-Dzisiaj mam dla was specjalne zadanie domowe - zaczęła nauczycielka - zaraz wylosujemy pary. W zadaniu chodzi o to, że macie skomponować piosenkę o miłości i uwaga... wymyślić do niej taniec. Zorganizujemy konkurs i wygrana para wyjedzie do Madrytu! - na sali rozległy się głośne brawa i wiwaty. Leon bardzo chciała być w parze z Violettą - bardzo mu się podobała. Gdy szatynka podeszła do nauczycielki chcąc losować, Verdas modlił się o to, aby jego imię było na karteczce.
- Maxi Ponte - odezwała się Violetta z uśmiechem. Leonowi od razu zrzedła mina. Ludmiła przyglądała mu się z zaciekawieniem.
-Hej...- zaczęła. - Podoba Ci się? - chłopak odwrócił głowę w stronę blondynki. Ta uśmiechała się niepewnie. Zdziwiło go to pytanie. Nie spodziewał się takiej reakcji Ludmiły - jego WROGA. 
Podrapał się lekko po głowie.
- No, można tak powiedzieć. - spojrzał jej w oczy. Tańczyły w nich małe, srebrne iskierki. Dotknęła lekko jego ramienia. Sama się zdziwiła. 
"Czemu to robię?" - przeszło jej przez myśl.
Chciała go przeprosić. Nagle poczuła, że chce być lepszym człowiekiem. Żeby ludzie nie uważali jej za robota bez serca, bez uczuć.
- Słuchaj, Leon... Ja chciałabym...
-Ludmiła, twoja kolej. - przerwała jej nauczycielka. Blondynka westchnęła cicho, zabrała rękę z ramiona Verdasa i podeszła do pudełka z karteczkami. Zanurzyła rękę i po chwili wyciągnęła z niego mały skrawek papieru. Odwinęła go z bijącym sercem.
- Leon Verdas - powiedziała cicho wracając na swoje miejsce. Czuła spojrzenia innych na sobie. Jak to możliwe? Oni razem? Cud się stanie jeśli się nie pozabijają.
Blondynka usiadła na swym miejscu wciąż wpatrując się w małą karteczkę. Dziwnie się czuła. Cieszyła się z tego wyboru. Szatyn również się ucieszył. Od zawsze uważał, że Ludmiła jest świetna i kiedyś się w niej potajemnie podkochiwał. Lecz wszystko zmieniło się po tym, jak Leon stawał się coraz bardziej popularny. Ludmiła uważała go za wroga. Na występach powalał publiczność na kolana.
- Przyjdź do mnie dzisiaj, przećwiczmy piosenkę. - szepnął jej Leon do ucha. Kątem ucha spojrzała na niego. Jak zawsze grzywka zaczesana na prawo i postawiona na żel. 
"Jest całkiem przystojny..."

***
Była już w jego pokoju. Serce bije jej jak oszalałe, czuje motylki w brzuchu. Kręci się niespokojnie trzymając w ręce notes ze swoimi starymi tekstami. Na to spotkanie szykowała się dosyć długo. Chciała wypaść jak najlepiej. Leon zawsze jej się podobał, jednak nie chciała tego okazywać. Westchnęła głośno. Po chwili szatyn wpadł do pokoju kładąc na biurku dwie szklanki i sok pomarańczowy. Przysiadł obok blondynki spoglądając na jej notes.
- Mogę zobaczyć? - zapytał wskazując na zeszyt.
- Jasne. - odpowiedziała podając mu zeszyt. 
Verdas przeglądał dokładnie każdą kartkę i czytał każdy tekst. Ferro przyglądała mu się z zaciekawieniem.
- Ten tekst jest niezły... Gdzieś tutaj miałem melodię idealnie pasującą do tych słów... Poczekaj chwilkę... - wstał i zaczął przeszukiwać zeszyt z nutami. Podeszła do niego i podniosła kartki zapisane nutami, które spadły na podłogę. 
- Mam! Posłuchaj, może ci się spodoba. - powiedział uśmiechając się słodko. Odwzajemniła jego uśmiech po czym oboje podeszli do keyboardu stojącego przy ścianie. Szatyn położył przed sobą słowa i nuty i powoli zaczął grać.

"Mi corazón busca sin parar 
una estrella en lo alto de este mar 
si pudieras alumbrarme un camino hacia ti 
es posible que te pueda encontrar, 
cada mañana pienso en tu voz 
y el momento en que te veo llegar 
si esta vida se enamora de nuestra pasión 
algún día nos podrá juntar 

Tan solo dime donde yo estaré 
entre mis brazos yo te cuidare 
como mil almas inseparables
y soñar un beso sin final 
dime si ahí algo que yo pueda hacer 
para esconderte dentro de mi ser 
yo se que sucederá
tu mitad y mi mitad muy pronto ya se encontraran 
no por casualidad..."

- Wow, Ludmiła, ten tekst jest genialny. Jeżeli melodia ci się podoba, to mamy już gotową piosenkę! - powiedział radośnie Leon, po czym oparł się na keyboardzie. Patrzył blondynce prosto w oczy. Dzieliły ich zaledwie centymetry.

- Taaak... Melodia jest... super... - powiedziała uśmiechając się nieśmiało. Czuła, jak jakiś miły prąd przeszywa jej ciało. Zamknęła oczy i rozkoszowała się tą piękną chwilą.

***

- Pomyślałem, że to będzie zwykły, wolny taniec, ale niezupełnie. Chodź, pokażę ci. - wyciągnął rękę w jej stronę uśmiechając się. Odwzajemniła tenże gest i ujęła jego rękę. Z głośników popłynęła ich niedawno skomponowana piosenka. Leon położył rękę na talii blondynki przyciągając ją lekko do siebie. Przyłożył swe czoło do jej i patrząc sobie prosto w oczy, poruszali się w rytm muzyki. Na twarzy Ludmiły zakwitł piękny uśmiech. Nie miała już żadnych wątpliwości, jest zakochana w Leonie.
ZABÓJCZO ZAKOCHANA.
Gdy patrzył na nią, czuła słodkie zaciskanie mięśni w okolicach brzucha. Szatyn, okręcając ją, śmiał się i co po chwilę obrywał z włosów dziewczyny w twarz. Znów stali do siebie twarzą w twarz. Znowu uśmiechali się do siebie. Leon przeniósł dotychczas spoczywającą dłoń na talii dziewczyny, na jej rumiany policzek. Przysunął się do niej nieznacznie, czując na swojej szyi jej niespokojny oddech.
- Nie uciekaj przede mną więcej... - wyszeptał muskając delikatnie kącik ust Ferro. 
Ta przymknęła oczy, rozkoszując się tą idealną chwilą, na którą od tak dawna czekała. Verdas uznał to jako pozwolenie, na pocałunek z prawdziwego zdarzenia. Odsunął swoją twarz od jej i lekko przesuwał palcem po jej policzku. Po chwili wpił się w jej usta. Smakowały maliną, za którymi szalał. To było niesamowite uczucie. Ich spragnione usta spotkały się razem w romantycznym tańcu.
IDEALNIE.

***
- Uwaga, uwaga... - zaczęła Angie, gdy nerwy wszystkich uczestników konkursu sięgały zenitu.
- Konkurs zwyciężyli... Federico i Camilla! Wielkie brawa! - na sali momentalnie rozległy się huczne wiwaty i piski. Camilla rzuciła się na szyję chłopakowi, na co on pocałował ją lekko w policzek. Ludmiła przyglądała się smutno temu obrazkowi. Leon obejmował ją delikatnie. Czuła w środku okropną pustkę i żal. Bardzo chciała wygrać ten konkurs. Pokazać wszystkim, że z nienawiści może powstać miłość... piękna miłość.
Szatyn przyglądał jej się przez dłuższą chwilę. Okręcił ją tak, że stali twarzą w twarz. Lekko ujął jej podbródek i uniósł go, dzięki czemu patrzyli sobie prosto w oczy.
- Bądź ze mną. - powiedział. - Bądź ze mną już zawsze. Zostań moim aniołem. Chroń mnie i bądź przy mnie. Kochaj mnie całym swoim sercem, a obiecuję ci, że będę robić to samo. Jesteś moim słońcem, bez ciebie nie mogę żyć. Kocham cię, Ludmiło.
- Ja też cię kocham, Leonie.
***
Shot totalnie nie wyszedł.
Miał wyglądać inaczej.
Choć mam nadzieję, że jednak się komuś spodoba.
Adios.

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 9 ,,Coś się kończy, coś zaczyna"



//Leon//
   Wyobrażaliście sobie, jak to jest gdy życie nagle sypie ci się, dosłownie widzisz, że to koniec czegoś dla ciebie bardzo ważnego? Nie? Dla mnie niestety świat ponownie się zawalił. Trasa koncertowa bez Ludmiły? Chyba nikt nie da rady. Ona dawała nam siłę, była zawsze przy nas. Jej charakterystyczny głos nadawał naszej grupie oryginalności. Gdyby jej, lub kogokolwiek innego zabrakło, to już nie byłoby to samo. Nie byłoby takich samych emocji jak teraz. 
      -Jak to ,,nigdy"...? - zapytała Violetta po dłuższej, niezręcznej ciszy. Przysiadłem na kanapie, nerwowo stukając paznokciami o stolik. 
     - Lekarze uznali, że nie mogę się narażać....bo... moja psychika ma nierówno pod sufitem... - oznajmiła, przytulając do siebie białą poduszkę. O mój Boże! Czy ona sugeruje, że jest jakąś nienormalną osobą? 
    - Ale jak to?! - uderzyłem pięścią o blat stołu - Przecież Lu, my nie damy sobie bez ciebie rady, jesteś naszym szczęściem! Moim aniołem... 
    - Leon... Ja tutaj nic nie poradzę. Chcecie, żebym was tam pozabi... - Ludmiła nie dokończyła bo do sali wpadła jej ciotka. Podbiegła szybko do jej łóżka przytulając ją i gorzko płacząc. Violetta spojrzała na mnie wymownie, po czym wstała z łóżka i stanęła obok mnie. 
    - I co teraz zrobimy? - szepnęła mi do ucha. Westchnąłem cicho. No właśnie... Co teraz? Tak po prostu wyjść i jechać dalej w trasę? Bez Ludmiły? Bez jej fantastycznego głosu?
    - Jeśli Ludmiła nie jedzie... To ja też. Chcę ją wspierać. Nie przez telefon, ale codziennie być przy niej, troszcząc się o nią. Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz... - przeczesałem palcami swoją grzywkę. Violetta nie ukrywała zdziwienia. Pociągnęła mnie za rękaw i wszyliśmy z sali. Pięknie, teraz się zacznie.
   - Do końca zwariowałeś?! Jeśli ty teraz zrezygnujesz, każdy po kolei będzie się wycofywał, Leon! Nie pomyślałeś, że może Lu chce od nas wszystkich odpocząć? Mieć po prostu święty spokój. Leon, co ty byś zrobił, gdybyś przeżył to co Ludmiła?! Pomyśl choć raz. - krzyknęła opierając się o ścianę. Westchnąłem głośno odwracając się do niej tyłem.
   - No pięknie, teraz się będziesz obrażał. Brawo, Leon, trzymaj tak dalej.
   - Nie wiesz jak to jest! - krzyknąłem na nią, przez co wystraszona wzdrygnęła się. - Ludmiła jest wszystkim co mam. Czy można zapalić świeczkę bez ognia?
   - Nie, to jest przecież niemożliwe.
   - No właśnie. Ona jest moim ogniem, a ja świeczką.
   - Jesteś idiotą.


//Violetta//
  Po rozmowie z Leonem wybiegłam ze szpitala, ze złością kipiącą w mojej głowie. On na pewno zrezygnuje, a gdy sam Leon Verdas rezygnuje, każdy kolejny będzie wynajdywał wymówki, żeby tylko odejść. Wróciłam do hotelu. Wpadłam niczym burza do pokoju, który dzieliłam z moimi przyjaciółkami i z impetem wpadłam na łóżko. Dziewczyny spojrzały na mnie jak na kosmitę.
   - Ej, Viola, co jest? - zapytała Francesca siadając na łóżku,  tuż przy mnie. - Coś się stało z Ludmiłą? 
    - Nie... a w sumie to tak - westchnęłam cicho, podnosząc się do pozycji siedzącej. 
    - No to mów, szybko! - wykrzyknęła przestraszona Naty, na co Cami lekko ją przytuliła.
    - Ludmiła wyjeżdża dzisiaj do Buenos Aires i nie będzie uczestniczyć z nami w trasie. A w dodatku jeszcze Leon chce... zrezygnować.
Dziewczyny na te słowa wytrzeszczyły oczy ze zdumienia. Pewnie też tak miałam słysząc to samo z ust Ludmiły.
    -Idę do Pablo! Musi coś z tym zrobić! - wykrzyknęła Francesca, po naszej dość długiej rozmowie o wyjeździe Lu.
    - Życzę powodzenia. - rzuciłam biorąc do ręki pamiętnik i otwierając na pustej stronie.
Drogi pamiętniku!
Już długo do Ciebie nie zaglądałam, jednak w moim życiu przez ostatni czas dużo się działo. Aż za dużo.
Ludmiła, moja najlepsza przyjaciółka, próbowała popełnić samobójstwo. Przez You-Mix . Przeze mnie. Pocałowałam jej chłopaka. Chcę się spalić. Nie chcę już czuć tych okropnych wyrzutów sumienia. Nie dam rady.

~*~
Krótki w ciul rozdział, jednak po egzaminach naprawdę, człowiek nie myśli.
Wesołych Świąt!

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 8



//Ludmiła//
    Dlaczego sale w szpitalach są takie białe i surowe? Zamiast pocieszać osoby, które muszą spędzać tu większość swego życia, jeszcze bardziej je dołują? Czemu nie jest tu kolorowo? 
     Przechadzałam się właśnie po korytarzach szpitala. Wszędzie widzę smutne osoby, które czekają za wieściami o swoich bliskich. Czy tak wyglądali moi przyjaciele, gdy tutaj trafiłam? Sama nie wiem. Nie widziałam się z nimi. Jedynie z Nim. Z Leonem. Przysiadłam na jednym z białych krzeseł i myślami powróciłam do wczorajszego dnia.
 - Będę czekał. Kocham cię i zrobię wszystko co będzie dla ciebie dobre. Obiecaj mi jedno. Obiecaj mi że nigdy więcej nie zrobisz czegoś tak głupiego. Obiecaj mi, że będziesz odbierać ode mnie telefony i odpisywać na Sms'y. Obiecaj, że nie będziemy się nienawidzić. Obiecaj kochanie...
Łzy znów zaczęły cisnąć mi się do oczu. Zakryłam twarz w dłoniach. Czuję okropne wyrzuty sumienia. Czuję, jakby teraz moi przyjaciele pokłócili się przeze mnie. Violetta... Muszę ją przeprosić. Zamknęłam oczy i odchyliłam się, opierając się o krzesło. Nagle do szpitala wpadli fotoreporterzy, a za nimi biegły pielęgniarki krzycząc coś do nich. Biegli w moim kierunku. Co? O co im chodzi?
    - Ludmiła! - ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam się. Ujrzałam ubranego w biały kitel Alexa. Alex jest moim lekarzem, z którym się zaprzyjaźniłam. Mimo tak młodego wieku (25 lat) już jest ordynatorem. Nieźle, prawda?
   - Biegnij szybko do swojej sali! Już już! - szepnął mi do ucha. Spojrzałam na niego. Był zdenerwowany, a na czole pojawiły się małe kropelki potu. Posłuchałam go i szybko pobiegłam do swej sali.
      Po kilkunastu minutach do sali na której leżałam wpadł zdyszany Alex. Podszedł bliżej mojego łóżka i skrzyżował ręce na piersi. Wwiercił we mnie swoje spojrzenie. Moje policzki od razu stały się czerwoniutkie. Jak to możliwe, że gdy tylko ktoś na mnie spojrzy ja od razu się rumienię?
    - Ludmiła. - zaczął Alex. - Ci fotoreporterzy chcieli zrobić ci zdjęcia, nagrać materiały o tobie. Rozumiesz? Już teraz wszyscy wiedzą że tutaj jesteś i coś z tobą nie tak. Nie rumień się. - Co? Ale skąd oni to wiedzą? Poprawiłam się na łóżku i wbiłam wzrok w swoje ręce.
   - Jak to... - szepnęłam. Usłyszałam tylko głośne westchnięcie.
   - Dobrze, Ludmiła... Nie rozmawiajmy już o tym. A właśnie! Mam twoją komórkę! - szepnął. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam na niego. Uśmiechał się wesoło. Po chwili do mnie podszedł i wręczył mi mojego ukochanego smartphona. Uśmiechnęłam się lekko a ten poklepał mnie po ramieniu. Uśmiechnął się krzepiąco i wyszedł z sali zamykając po sobie drzwi.
      Padłam na łóżko. Odblokowałam komórkę po czym od razu wyświetliły mi się komunikaty. 20 nieodebranych połączeń od Leona, 10 od ciotki i jeszcze jakieś 10 SMS'ów... od Leona.
   - No pięknie... - westchnęłam.

Od: Leon
20:36
I jak się trzymasz, kochana? ♥


Od: Leon
21:04
Ludmiła.... Nic Ci nie jest?


Od: Leon
21:57
Obiecywałaś, że będziesz mi odpisywać....
Co jest?



Cholera. Nie spodziewałam się, że Leon będzie się aż tak martwił. Poczułam lekkie ukłucie w okolicach serca. Może ono mi coś podpowiada? Może powinnam dać szansę Leonowi?
Westchnęłam cicho. Wybrałam numer Verdasa i przyłożyłam telefon do mego prawego ucha.
-Ludmiła! Nic Ci nie jest?! Czemu nie odpisywałaś?! - usłyszałam w słuchawce.
-Dopiero dostałam swój telefon. - odpowiedziałam beznamiętnie.
-Myślałem już, że coś Ci się stało...
-Nie masz się o co martwić, Leon. - warknęłam. Czemu ja jestem zła? Sama siebie nie rozumiem.
-Może chciałabyś, żebym do ciebie wpadł?
-Nie, nie zawracaj sobie głowy. Zresztą muszę już iść.
Odrzuciłam połączenie nie czekając na odpowiedź Leona. Położyłam komórkę na stoliku obok mojego łóżka i wtuliłam twarz w poduszkę.
-Czemu jestem taka głupia? - szepnęłam zalewając się łzami.





//Violetta//
Nie mogę pogodzić się z tym, co zrobiła Lu... To okropne uczucie, wiedzieć że to przez ciebie twoja najlepsza przyjaciółka zrobiła sobie krzywdę... i to niemałą.
Chłodny, włoski wiatr rozwiewał moje włosy na wszystkie strony. Pojedyncza łza co chwilę wypływała z mych oczu. Przyciskałam do serca swój fioletowy pamiętnik. Chyba on jako jedyny mnie teraz rozumie.
Jak bardzo się cieszę, że znalazłam miejsce do przemyślenia tego wszystkiego. Była to jakaś stara, ławka kryjąca się za jednym z budynków. Ławki nie widać, gdyż zakrywają ją gałęzie wierzby płaczącej. Powoli do niej podchodziłam.
Gdy już chciałam się usiąść doznałam szoku. Leon siedział na ławce, z twarzą w dłoniach. Cicho przysiadłam obok niego odkładając pamiętnik obok. Położyłam rękę na jego ramieniu przez co gwałtownie spojrzał w moją stronę. On płakał? Oczy miał zaczerwienione, wyraz twarzy był zagubiony.
-Leon...
-Nic nie mów. Ludmiła do mnie dzisiaj dzwoniła i nagle się rozłączyła. Nie wiem co się dzieje.- przyznał ze skruchą. Zacisnęłam usta w cienką linię. Iść z nim i narazić się na złość Lu?
Wstałam i wyciągnęłam rękę.
-Co robisz?
-Idę z tobą do Ludmiły. - uśmiechnęłam się cierpko. Na twarzy Leona pojawiło się coś podobnego do uśmiechu. Po chwili namysłu złapał moją rękę.
-Idziemy.
Stoimy przed drzwiami od sali gdzie leży Ludmiła. Nagle cała odwaga mnie opuściła. Nie chciałam tam wchodzić. Bałam się.
- Wchodzimy? - zapytał Leon.
- J-jasne... - głos mam zachrypnięty. Leon popycha lekko drzwi. Naszym oczom ukazuje się Lu. Była cała spuchnięta i czerwona...
*Pewnie od płaczu... Przez ciebie idiotko.* - beszta mnie moja podświadomość. Wzdrygam się i wolno przysuwam się do jej łóżka. Oczy Ferro niemiłosiernie błyszczą. Nikt nic nie mówi.
-Ludmiła... J-ja strasznie cię przepraszam...- oznajmiłam siadając na jej łóżku i wbijając wzrok w swoje dłonie. Nie odpowiadała.
*Obraziła się na ciebie, ćmoku*
Po chwili poczułam jak się we mnie wtula. Odwzajemniłam uścisk. Płakałam. Ona zresztą też.
- To ja cię przepraszam - zaczęła - za to, że cię tak obraziłam... Wybacz mi.
- Uwielbiam cię.- oznajmiam przez łzy. Uśmiecham się lekko po czym odrywamy się od siebie. Złapałam jej ręce, a na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Jak dobrze jest widzieć uśmiech na jej twarzy.
- Ooo... - pisknął Leon wpatrując się w nas z uśmiechem. - Stare psiapsióły. - wybuchnęliśmy śmiechem. Po chwili rozmawialiśmy tak jak dawniej, jakby to wszystko się nie wydarzyło.
Nagle zadałam pytanie:
-Kiedy wracasz z nami w trasę?
-Yy... N-nigdy....
~*~